• Start
    Start Tutaj znajdziesz wszystkie wpisy dostępne na stronie.
  • Blogerzy
    Blogerzy Wyszukaj ulubionego blogera na stronie.
  • Login
    Login Formularz logowania
Dodane przez w w Muzyka a duchowni
  • Rozmiar czcionki: Większa Mniejsza
  • Przeczytano: 5050
  • 0 komentarze
  • Drukuj

Po co księdzu opera???

Kiedy dowiedziałem się na jaki temat mam napisać ten artykuł pomyślałem, że to temat rzeka. Pisać o operze to naprawdę wielkie wyzwanie, szczególnie, że przecież już i tak na ten temat napisano chyba wszystko. Ilości przewodników operowych, recenzji są tak wielkie, a przy tym są tak profesjonalne i napisane przez wielkich znawców muzyki, że nie będę w stanie się z tym zmierzyć.Jednak na szczęście pojawiło się światło w tunelu, temat: opera w życiu księdza… No właśnie po co mi opera? Kto dziś tego słucha? I tu zdziwienie. Okazuje się, że jednak wielu. Niedawno czytałem wywiad z Panem Andrzejem Grabowskim znanym z roli Ferdynanda Kiepskiego, który stwierdził, że bardzo często po zagraniu różnych ról lubi zasiąść w swoim pokoju i w ciszy posłuchać mszy żałobnej – „Requiem” - Mozarta.

Inny przykład – znany z koncertów w parafii św. Jadwigi – ks. Paweł Sobierajski. Człowiek, który łączy swoje kapłaństwo z pasją, jaką jest dla niego opera. Wykładowca akademii muzycznej w Katowicach a przy tym fascynat opery. Czy też kapłan, którego znamy przecież wszyscy, nasz kochany śp. Ks. Proboszcz Henryk Markwica. Dla Niego Mozart był odskocznią od wszystkiego, co na tym świecie podłe, a chorał gregoriański modlitwą podarowaną nam przez niebiosa.


Ja sam jestem księdzem od prawie 10 lat – nie wiem jak szybko to minęło, ale wiem, że od ponad 20 lat a dokładnie od lipca 1990 roku towarzyszy mi opera. Skąd ta data? Lipiec 1990 roku był przełomowy dla historii opery. Wtedy w Termach Caracalli w Rzymie odbył się niezwykły koncert. Swoisty pojedynek trzech wybitnych tenorów na świecie: Dominga, Carrerasa i Pavarottiego. I to była magia, że tak powiem. Zaśpiewali kawałki operowe tak, że wielu nie mogło w to uwierzyć. Stara skostniała opera stała się pewnego rodzaju przebojem na skalę muzyki rozrywkowej. Cztery lata później podobny koncert tej samej trójcy zgromadził cały stadion w Los Angeles. Na widowni zasiedli przedstawiciele całego społeczeństwa. Od nikomu nieznanych, którzy zasiedli na koronie stadionu, bo bilety były tam najtańsze, po gwiazdy tak znane jak Frank Sinatra, którego przebój „Mi Way” tenorzy wykonali dedykując go mistrzowi. Po wykonaniu przerwano wiązankę utworów, by wszyscy mogli oklaskami nagrodzić wielkiego Franka. Na widowni siedział też prezydent Bush – senior, Tom Cruise, Arnold Schwarzenegger i wielu innych. Opera nabrała nowego wymiaru, wymiaru rozrywkowego. Płyty z nagraniami tych koncertów uzyskały status multiplatyny. Od tego właśnie zaczęła się moja przygoda z operą…

Potem były studia w seminarium. Nie wiem tego na pewno, ale byłem chyba jednym z nielicznych, którzy cieszyli się na próby chóru, nawet jeśli wypadały częściej niż raz na tydzień. Pamiętam jak ogłoszono listę nowych chórzystów i znalazłem się w gronie pierwszych tenorów. Pierwsze skojarzenie było jedno – trzej wielcy… Może nie skromne to były myśli, ale opera wtedy towarzyszyła mi wszędzie. Od kaset ( ktoś to jeszcze pamięta???) przez biografie wielkich śpiewaków.

I tak opera stała się moim przewodnikiem. Kiedy na studiach, na zajęciach z fonetyki była mowa o podparciu oddechowym, moje myśli kierowały się w stronę tych trzech wielkich śpiewaków. Wyobrażałem sobie, jak to oni robią i próbowałem ćwiczyć. Nie raz było to męczące, ale było warto. Dziś kiedy śpiewam prefację czy inną część mszy pozwala mi to w miarę swobodnie kontrolować długość oddechu, a tym samym wykonywanego przeze mnie dźwięku. Oczywiście nie da się tego zrobić przy ewentualnej infekcji gardła, ale mimo wszystko nawet wtedy ułatwia to znacznie śpiewanie nawet w takich warunkach.

Pomijając już kwestie czysto praktyczne, którym może pomóc znajomość techniki śpiewu operowego trzeba powiedzieć o jeszcze jednym. Mianowicie o tym, jak wiele rozrywki i odprężenia może dać słuchanie opery. Kiedy uświadamiam sobie, jak wiele osób siedzi w orkiestrze, jaka ilość osób jest na scenie od chóru do solistów to osobiście przechodzą mnie dreszcze, że można to wszystko połączyć w jedną harmoniczną całość, że to wszystko brzmi w jednym kawałku i jest tak bardzo potężne. Kiedy po kilku godzinach przedświątecznego spowiadania, włączam takie kawałki jak chór z opery Nabucco, czy fragmenty Tosci przenoszę się w inny świat. Świat w którym mimo, że wszystko jest fikcją, to jednak fikcją tak bardzo inną, tak bardzo poetycką. To właśnie tam nie raz mowa jest o wielkich niespełnionych miłościach, to tam bawią mnie komediowe sytuacje z oper Mozarta, Rossiniego… Tych samych, których Requiem, czy Stabat Mater przenika mnie do tego stopnia, że gdy słucham ich poszczególnych części łzy same cisną się do oczu. I nie jest to tylko ckliwe przeżywanie, to pewien pokłon ku chwale geniuszu tych wielkich, którzy przed laty skomponowali te wielkie dzieła.

Na koniec podam tylko jedno miłe dla mnie doświadczenie. Kiedy kilkanaście lat temu jako oazowicz zaproponowałem oazie parafii św. Jadwigi wyjście do opery, udało się na to namówić kilkanaście osób. Wielu szło wtedy z nastawieniem, że się wynudzą „jak nie wiem co”. Kiedy zaczęło się przedstawienie, zabrzmiała orkiestra, na scenie zagrała feria barw kostiumów i świateł, kiedy zabrzmiały głosy solistów nikt nawet nie kichnął. Po pierwszych dwóch aktach widziałem jak emocje malowały się na ich twarzach. Ówczesna moderatorka Asia powiedziała wtedy słowa: „ Boskie… a te kostiumy… ”(Paradoks stwierdzenia „ Boskie” polegał na tym, że była to opera „Faust” Ch. Gounoda), ale od tej chwili nikt nie odważył się podważyć wspaniałości opery. Polecam wszystkim, którzy nie zakosztowali jeszcze tej magii, którzy uważają, że to nudne, staroświeckie, by choć raz poszli do opery. By dali się wciągnąć w to, co tak piękne, co tak naprawdę opowiada o każdym z nas, tylko trochę inaczej... Ufam, że nie tylko mnie jako księdzu opera okaże się potrzebna, ale pozwoli się Wam również się w tym zakochać tak jak mnie…

I już ostatnie zdanie… Dziękuję ks. Pawłowi Sobierajskiemu, wielkiemu - jak dla mnie – tenorowi za to, że pokazał mi kilka lat temu, że opera jest częścią nas… Że można być księdzem, a jednocześnie miłośnikiem opery. Potwierdzają to trzej irlandzcy księża nazywający swoje trio po prostu: „The Priest”, a których trzy płyty z repertuarem klasycznym biją również rekordy popularności na całym świecie. Takiej fascynacji każdemu życzę, nie tylko kapłanom.

 

 

  
0
Urodzony 1976 r. w Chorzowie; całe życie, aż do chwili przyjęcia święceń kapłańskich, związał z tym miastem. Uczestniczył w życiu wspólnot przy parafii św. Jadwigi, kolejno: Legionu Maryi, ministranckiej i Ruchu Światło – Życie pod duchowym wsparciem i przewodem ks. Proboszcza Henryka Markwicy.
W 1995 r. rozpoczął studia w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Katowicach, które ukończył w 2002 roku przyjmując święcenia kapłańskie.
Pracował w parafii – Św. Herberta w Wodzisławiu Śląskim, od 2005 roku w parafii Św. Józefa w Świętochłowicach, od 2007 roku w parafii Miłosierdzia Bożego w Jastrzębiu – Zdroju, od 2011 r. pracuje w parafii Św. Józefa w Katowicach Załężu.
Od dawna jego wielką pasją jest muzyka klasyczna, szczególnie muzyka operowa, jak również fotografia. Fotografuje zabytki, przyrodę, ale także ludzi. W wolnych chwilach pisze wiersze (w 2005 roku ukazał się jego tomik poezji pt: „Nie kochasz, nie istniejesz…”

Komentarze

Kto szuka znajduje...

wbiblii

Polecane Video

Diakonia Muzyczna

diakonia muzyczna

1% na OL

1 procent2

W drodze